ach ta moja głowa!

jedną z rzeczy, których najbardziej się obawiałam w braniu leków na dwubiegunówkę, była utrata kreatywności

bałam się, że przestanę pisać, że muza mnie opuści, że zabraknie mi inspiracji

bałam się, że stanę się nudnym “normalsem” (nie chcę tu urazić “normalsów”! nie miałam pojęcia czym jest normalność, więc bojąc się jej nieco ją demonizowałam)

kiedy wreszcie przyszedł taki czas, że musiałam zacząć brak leki, bo byłam o mgnienie oka od samobójstwa, ważniejsze było przetrwanie niż moje strachy na temat nie bycia poetką, pisarką, artystką

leki pięknie mnie wyrównały (miałam szczęście, że pierwszy wybór lekó był od razu dobry, zmianiała się tylko dawka,no i jeden poszedł w odstawkę), dały dość oddechu, żeby pewne rzeczy w życiu ułożyć

i paradoksalnie nie tylko nie odebrały kreatywności, ale dołożyły aspekt, kórego wcześniej nie miałam… nie mogłam mieć przy ekstremalnych huśtawkach nastroju: wytrwałość

zaczęłam kończyć zaczęte projekty, zaczęłam systematyzować, to co już miałam napisane

jednocześnie ogarnęłąm życie osobiste, dom etc.

nadal musiałam i muszę monitorować nastroje, bo przy dwubiegunówce nic nie jest zapisane w kamieniu i nawet niewielkie rzeczy mogą mnie kompletnie wytrącić z równowagi

przez ostatnie kilka lat zrobiłam sobie przerwę od leków, myśląc (jak wiele chorych przede mną), że skoro jest dobrze, skoro wszystko się układa, skoro monitoruję, to po co mi leki

no cóż… pierwsze parę miesięcy było ok, po czym wszystko (łącznie z kreatywnością) zaczął szlag trafiać

no dooobra, przesadzam, nie wszystko, ale zbyt wiele rzeczy odpuściłam, zaniedbałam, bo zwyczajnie nie miałąm sił i miejsca w głowie, żeby je pociągnąć

parę miesięcy temu wróciłam do piguł… i znów zaczęło mi się powoli wyrównywać

wiem już, że będę na lekach do końca życia, wiem, że nie stracę w ten sposób kreatywności a zyskam spokój i miejsce dla spełniania marzeń, dla rozwijania tego, co dla mnie ważne, wiem że leków potrzebuję

i muszę je traktować, tak samo jak leki na nadciśnienie, które też zażywam, które są mi potrzebne i które pomagają mi żyć dłużej i w pełni

akceptuję siebie, taką jaką jestem z chorobą, na którą muszę się leczyć, chcę się leczyć, to ważne

i tu dochodzimy do zmian…

lubię zmiany, stresują mnie jak cholera, ale je naprawdę lubię

do końca lutego muszę znaleźć inny dom i się do niego przeprowadzić

w nowym roku zaczynam się uczyć prowadzić samochód i mam nadzieję, że zdam prawko i zacznę wreszcie być niezależna transportowo

czuję, że formuła bloga mi się przejadła, ale kompletnie nie mam koncepcji na to jak to zmienić, na razie więc określam odczucie i pozwalam planom się formułować

lokalne literackie wydawnictwo opublikowało mój wiersz i fotografię, zaprosili mnie też do wysyłania nastęnych, z czego jestem bardzo dumna (link na końcu notki)

mam dwa nowe wiersze na warsztacie

zaczęłam pisać “poranne strony” (morning pages) czyli codziennie trzy strony “potoku myśli”, zapisuje się wszystko i nie wraca do tego zanim nie upłynie osiem tygodni

generalnie więcej piszę ręcznie i bardzo mi z tym dobrze

myślę, że wrócę do nagrywania youtubów, ale na to też chcę znaleźć odpowiednią dla mnie formułę

mam plany na 2019, dużo planów, fajnych

ale o tym opowiem za parę tygodni w corocznej notce na temat odchodzącego i nadchodzącego roku 🙂

i takto

a was co tam?

wiersz

 

 

Advertisements

PHENOMENAL US – CHALLENGE 34

SWETRZYSKA/ BIG JUMPERS

to wyzwanie uradowało mnie niezmiernie

uwielbiam wielkie swetry, czuję się w nich przytulnie i “swojo”

najbardziej podobają mi się ręcznie robione i taki właśnie tutaj pokażę

sweter: 1.50 euro w charity shopie 😀
aksamitne spodnie: 1.50 euro, charity shop
buty: 5 euro, Penney’s
szalik: 1 euro, charity shop
rękawiczki: prezent od jednej z “moich”, udziergane przez jej babcię
plecaczek: od mojej Mamy, kupiła go w lumpeksie


zdjęcia powyżej są ze świątecznego mini targu rękodzieła, na którym pojadłam przepysznego scona z butternutsquashowym sosem (takie jakby tofi półpłynne) i podziwiałam wielkie swetry udziergane przez znajome (ten po prawej jest z wodoodpornej włóczki, ten po lewej wyszedł niebieski na zdjęciu, w rzeczywistości ma śliczny morski kolor)

IMG_8597

i jako bonus zdjęcie ze ulubioną koleżanką, która udziergała ten brązowy sweter w jej ulubionym swetrzysku z tego samego charity shopu, co mój 🙂

IMG_8580

ja pier do lę

ludzie mają jednak nawalone do entej
na mojego bloga trafiła jakaś pani pomagająca pieskom
no cudnie, że pomaga
ale wysyłanie mi petycji o kosztach weterynaryjnych do podpisania (którą btw. już podpisałam, bo nie jestem idiotką) O PIĄTEJ KURWA RANO to jest jakieś przegięcie
taka oto urocza wymiana zdań się z tego wywiązała:

ja:

na litość tutaj jest 5 rano!!! tę petycję widziałam na swoim fb, dzięki za. pobudkę 😕

ona:

Spokojnie. Okres masz czy co? Czasem warto stanąc ponad swoje humory i pomyslec o innych. Wyibraz sobie, ze ja zyję w Anglii, ale sprawy zwierzolubow w Polsce są mi bliskie. Trzeba widzieć cos poza swoim własnym nosem i blogiem o akceptacji siebie w nowej fryzurze i milionem gasztegów o tolerancji, miłości itd. Dadaj jeden #miłoscWlasnaPonadWszystko. Jednoczesnie dziękuję szczerze za wiarę w moje zdolnosci nadprzyrodzone, bo załozyłaś że wiem co i kiedy na fb widzisz i czytasz. Zycie, to nie kreowanie swojego wizerunku i wiara w to, ze kogoś to interesuje. Pozdrawiam i życzę miłego piątku w towarzystwie własnego, rozbuchanego ego.

niestety swojej odpowidzi na tę tyradę nie mogłam już jej wysłać (blok?)
wrzucam ją więc tutaj:

to jest żenujące… nie, okresu nie mam od kilku lat, bo miałam histerektomię, jakieś jeszcze intymne insynuacje na poziomie rechoczącego seksistowskiego kolesiostwa?
napisałam, że tę petycję widziałam wielokrotnie (podpisałąm ją od razu, ale nikomu nic do tego)
nie wiem co ma do tego moje ego, bo to ty jesteś jakąś samozwańczą bojowniczką o chuj wie co :/
pomoc zwierzętom uprawiam i tu i w PL na miarę możliwości, tylko nie szczekam o tym publicznie, bo to moja prywatna sprawa
twoja wiadomość zionie jadem i jest zwyczajnie wredna i paskudna
w ten sposó nie pomagasz zwierzętom tylko sobie dmuchasz…no co? bo przecież nie ego, tak?
podłe ataki ad personam nie mają nic do twojego “jasnowidzenia”
nie trzeba być jasnowidzem, żeby nie wysyłać ludziom wiadomości o piątej rano, trzeba tylko minimum dobrego wychowania

i takto
a wam jak się zaczęła niedziela?

Black Friday

patrzę ci ja sobie na te pomstowania różnieńkich uduchowionych, slow fashion, zro waste ludzieńków na Czarny Piątek i myślę:

wszystko fajnie kochani/ne, ale… ja na przykład bardzo się cieszę, że jednodniowych nawet sporych obniżek, bo na codzień mnie zwyczajnie i po prostu NIE STAĆ

łatwo jest być minimalistą komuś kto ma wszystko, czego potrzebuje

strasznie mnie irytują wypowiedzi lasek i chłopaczków z klasy średniej finansowo,  przyjemnie posiadających wszystko, czego potrzeba a czego nie mają, to sobie mogą pójść i kupić, jaki to bue konsumeryzm

a ja znam rodzinę (ojcieć pracuje, mama ma orzeczoną niepełnosprawność, ale domem zajmuje się pełnoetatowo, dwoje dzieci), która wszystkie zakupy gwiazdkowe zostawia na Czarny Piątek a i to na raty przez katalog LittleWoods

i to nie jest jedna taka rodzina

minimalizm jest super, kiedy MA SIĘ Z CZEGO ZAINWESTOWAĆ W JAKOŚĆ

bogatemu łatwo być minimalistą i łątwo jest zapomnieć, że inni nie mają tak milusio

pięknie o tym napisał Terry Pratchett:
Sam Vimes w dzieciństwie wierzył, że bardzo bogaci jadają ze złotych talerzy i żyją w marmurowych domach. Teraz nauczył się czegoś nowego: ci bardzo, bardzo bogaci mogą sobie pozwolić na ubóstwo. Sybil Ramkin żyła w nędzy, dostępnej tylko bogaczom – w biedzie, do której podchodzili z przeciwnej strony. Kobiety, którym zwyczajnie dobrze się powodziło, oszczędzały i kupowały suknie zdobione koronką i perłami; lady Ramkin była tak bogata, że mogła sobie pozwolić na chodzenie w gumowych butach i tweedowej spódnicy, która należała do jej matki.

Weźmy na przykład buty. Vimes zarabiał trzydzieści osiem dolarów miesięcznie, nie licząc dodatków. Porządna para skórzanych butów kosztowała pięćdziesiąt dolarów. Ale para butów, na jaką mógł sobie pozwolić – całkiem przyzwoita na jeden czy dwa sezony, bo potem zupełnie przetarła się tektura, przeciekająca jak demony, to koszt około dziesięciu dolarów. Takie właśnie buty zawsze kupował Vimes i nosił je, aż podeszwy były tak cienkie, że w mgliste noce po kamieniach bruku poznawał, gdzie w Ankh-Morpork się znajduje.


Jednak dobre buty wytrzymywały lata, długie lata. Bogatego stać na wydanie pięćdziesięciu dolarów na parę butów, w których po dziesięciu latach wciąż będzie miał suche nogi. Tymczasem biedak, którego stać tylko na tanie buty, wyda w tym czasie sto dolarów -a nogi i tak stale będzie miał przemoczone.
To właśnie kapitan Vimes nazywał obuwniczą teorią niesprawiedliwości społecznej.

Nie mam nic do dodania

ktokolwiek ma jak ja, bieda i nie widać końca biedy: cieszmy się zakupami 😀

cieszmy się tym, że w kilka dni w roku możemy kupić sobie coś na co w inne absolutnie nas nie stać

nie dajmy sobie wmówić, że w jakikolwiek sposób jesteśmy przez to gorsze, mniej emocjonalnie i duchowo rozwinięte

a te z nas, któe stać a i tak robią dziś wielkie zakupy: SUPER!

niech nam śłiczne rzeczy sprawią wiele radośći 😀

duchowość i “pójście do lasu” nie mają nic wspólnego z tym czy mam duży płaski telewizor czy nie :p

udanego Czarnego Piątku życzę!

 

ciałopozytywność

“Jezeli ktos mi sie przyglada i z “troska” oglasza, ze ojojoj, cos ci sie chyba troszke przytyło, to oznacza to tylko jedno: czegos mi kolezanko zazdroscisz, cos cie meczy, sama siebie nie lubisz i nie udawaj mi tu troski o moja wage. Powtarzam po raz setny: osoby szczesliwe nie dosrywaja notorycznie innym i nie skupiaja sie na czyichs “wadach” tylko ciesza sie zyciem.  Wiec jezeli ktos wszedzie widzi zlo i u wszystkich dostrzega tylko wyimaginowane braki – zapraszam na kozetke.”

od Naosei 

śledzę w internetach różne debaty i wątki ciałopozytywnościowe

widzę zgrabne i zrobione laski, które szafują tym hasztagiem, bo fajnie jest podpiąć się pod trend a przecież ona swojego noska nie lubi i ma prawo

widzę fajne, mądre kobiety, którym siadają nerwy od udowadniania, że nie są wielbłądem i kopania się koniem

i już mi się nie chce

serio

nie chce mi się tłumaczyć, przekonywać, dyskutować, wrzucać linków, objaśniać

w sieci jest tak ogromna masa doskonałych artykułów i ludzi, którzy się mądrze ciałopozytywnością zajmują, że trzeba być ostatnim betonem, żeby sobie samemu nie znaleźć a mi się z betonami nie chce gadać

nie chce mi się marnować cennych chwil na tłumaczeniu betonowi, że tu chodzi o szacunek (bo beton ma w dupie szacunek, beton chce mieć rację, i racja betona jest najracjowniejsza), że chodzi o cieszenie się życiem i ciałem TAKIM JAKIE ONO JEST TU I TERAZ, że chodzi o nieocenianie ludzi po wyglądzie, że moje zdrowie to sprawa mięzy mną a moim lekarzem, który też pownien przejść antydyskryminacyjny trening

internetowi betonowi mądrale i mądralińskie mają to wszystko gdzieś

chcą się wyżyć, chcą dowalić, chcą udowodnić jak bardzo osoba odstająca od normy powinna być nieszczęśliwa i nie mieć miejsca w społeczeństwie a nie obnosić się ze swoją radością życia

i nie, nie współczuję tym ludziom, że pewnie sami są nieszczęśliwi

mam głęboko w grubej dupie jak bardzo jest nieszczęśliwy cżłowiek dowalający innym, chamski i arogancki

nie jestem terapeutką takich osób, jestem celem ich ataków i jak mi moje wielkie cycki miłe, będę się bronić zębami i pazurami w realu

i blokowaniem online

howgh!

a wam jak tam weekend mija?

bo mi cudnie :p

wytańczyłam się na koncercie Beekeepers, dziś wspaniały spacer na Tramore a wszystko to z Bianką

cudowność!

 

 

ZUMBA!

WIEDZIAŁAM!

od momentu, kiedy spróbowałam zumby (na dwie minuty) z Zumba Łowicz ponad rok temu ciągle za mną chodziło, że to jest to, że to forma aktywności/fitnessu dla mnie

i miałam rację

wczoraj pierwsze zajęcia! udało mi się tak to zgrać, że chodzimy razem z Ulubioną Sąsiadką we wtorki, kiedy jej córki mają lekcje tańca w tym samym mieście (do którego trzeba dojechać) a w czwartki dorzucam się do paliwa i też jedziemy razem

jaka to jest frajda, mówię wam! i tylko jeden utwór zmusił mnie mizofonicznie do wyjścia do łazienki :p

grupa bardzo mieszana, od szczuplutkich dwudziestek przez wszystkie rozmiary i grupy wiekowe po panie koło sześdziesiątki, różne są też stopnie zumbowego zaawansowania, to pomocne jest też

żadnej rewii mody, żadnego współzawodnictwa, zabawa, ruch, muzyka

przemiła prowadząca (pani jest fryzjerką na cały etat, zumbowanie to dodatkowe zajęcie), duża sala i tanio (5euro, dla porównania joga w Dunfanaghy 10euro a pilates aż 12!)

cudownie było spocić się jak już-nie-ruda mysz, dziś troszkę czuję mięśnie, ale bez przesady, cieszę się na kolejne zajęcia jak gwizdek! 😀

i dodam tylko coś, co tłuką nam do głowy różne piękne ciałopozytywne babeczki z Ulką z Galanta Lala na czele: szukajmy takiej aktywności, takiej formy ruchu, która nam sprawia autentyczną radość i frajdę

zmuszanie się do wyjścia na siłownię, do biegania, do zumby czy crossfitu, jeśli nie sprawia nam to radości, jeśli jedyną myślą jest: MUSZĘ a nie: woohoo!, jest … smutne i  na dłuższą metę nie zadziała, bo kto chce latami robić coś, co budzi permanentny opór i niechęć?

dla mnie zumba to rewelacja, bo jest tanecznie, bo jest zabawa, bo większość muzyki mi nie przeszkadza albo wręcz się podoba, nie czuję presji wyników, nie istnieje w niej tak przeze mnie znielubiany język “wojny” jak w crossficie czy boot-campie i im podobnym

ale też rozumiem, że dla innych to będzie coś innego, Claudia uwielbia swój aqua-aerobik (dla mnie buerk nuda), Bianca była zachwycona boot-campem (buerk atmosfera), Ulka kocha swój ATS (buerk muzyka zazwyczaj), Piękna spełnia się we flow-yodze (buerk wszystko) a Nat crossfituje (giga buerk wszystko)

moje BUERK może być czyimś YUMMIE :p
a moje YUMMIE może być czyimś BUERK 😉

(czyli lisia wersja MKINYKBYKIOK 😉 )

nieważne co komu pasuje, ważne, żeby znaleźć coś co pasuje mi/tobie!

szczęśliwie dla mnie Ulubionej Sąsiadce pasuje to co mi i dzięki temu mam transport na zajęcia i towarzyszkę ćwiczeń 😀

opowiadajcie co jest wasze ulubione i dlaczego 🙂

polecajcie też dobre miejscówki, to zawsze się przydaje!

 

 

 

 

 

PHENOMENAL US – CHALLENGE 31

SATYNA NIE TYLKO WIECZOREM/ NOT ONLY EVENING SHINE

satynową mam tylko jedną koszulkę nocną do pół uda, musiałam więc trochę pokombinować

zabawnie było wymyślać jak ją wpasować w “normalny” zestaw, raczej nie będę się tak nosić na codzień, ale miałąm wielką frajdę z robienia tych zdjęć a na moim fb jest mini klip z sesji 😉

-koszulka to prezent od koleżanki, mam ją ok 5 lat
-jeansy z dunne store za 1.50euro z charity shop (nowe, z metką!)
-buty, których nie widać, ale już się tu pojawiały, new look z charity shop za 1 euro
-zamszowy żakiet z prawdziwej skóry… za diabła nie pamiętam skąd go mam! albo z charity shop albo z second handu koleżanki
no to lecimy

 

 

i detal:

IMG_6710